Spało się dobrze, w nocy w namiocie temperatura nie spadła poniżej 6 stopni. Rano obudziły nas dziwne wołania, gdzieś daleko czasem odzywał się jakiś huk. Okazało się, że trwa polowanie, a leśną drogą z której jesteśmy widoczni przechadza się nagonka :P Tak wyglądał obóz o poranku:
Z miejsca ruszamy po 11. W międzyczasie dotarli jeszcze Marysia z Wilczym Stadem. Ledwo wyjechaliśmy z lasu, a tu zajeżdża wóz Straży Leśnej. Pan poinformował nas, że dostał zgłoszenie, że ktoś biwakuje w lesie. My odrzekliśmy, że niestety nikogo nie widzieliśmy, a na pytanie czy to aby nie byliśmy my odpowiedzieliśmy wymijająco. Chwilę pogadaliśmy i pojechaliśmy dalej. Do Świebodzina.
Myślałem, że Chrystus będzie większy, coś w stylu Pałacu Kultury w Wawie.
Na dalszym etapie jedziemy przez jakieś wioski, ostatecznie lądujemy nad jeziorem Niesłysz. Szybko się ciemno zrobiło, późno wyjechaliśmy, więc i dystans wyszedł kiepsko.
Obóz rozbijamy na jakiejś harcerskiej polance z wiatą. Wieczorem ognisko etc. Tak następnego dnia rano prezentował się obóz:
Długi weekend stał się okazją do kolejnej integracji ze znajomymi. Tym razem padło na Lubuskie w stylu klasycznym, tj. spanie w namiotach, codziennie w innym miejscu.
Z Torunia do Poznania jadę pociągiem IR, dalej w towarzystwie Agnieszki, Martwej i Jacka Kolejami Wielkopolskimi do Zbąszynka. Fakt że taryfy się nie łącza i inne kolejowe blebleble spowodowało, że za bilet zabuliłem w sumie aż 70 zł. Trudno.
Obóz rozbijamy kilka kilometrów za Zbąszynkiem w lesie. Pomimo błota udaje się rozpalić ognisko. O 1 w nocy dociera kolejna część ekipy, tj Pustelnikowie i Magfa z Ewą i Czarkiem. Miejsce na obóz wydaje się być dobrze schowane, przynajmniej tak nam się wydawało. Rano się okazało, że tak nie jest, ale o tym w relacji z kolejnego dnia ;-)
Trochę po okolicy. Z Torunia do Jedwabna jadę inaczej niż zwykle, tj przez środek Grębocina. Nawet fajna dróżka, ale w lato gdy jest sucho i gorąco zapewne tutaj jest piaskownica.
Z Jedwabna zjeżdżam w dół w stronę Młyńca i skręcam w teren w stronę Lubicza. Ładnie i kolorowo.
Dalej do Lubicza. Dworzec żyje - handluje się tam metalami, a i pociąg towarowy musiał być bo leżą hałdy piachu, a jego ślady są między torami. Dalej jadę ścieżynką wzdłuż torów.
Potem odbijam na południe i wzdłuż autostrady dojeżdżam do Złotorii. Wcześniej jeszcze przekraczam Strugę Lubicką i napotykam na Zespół przyrodniczo krajobrazowy "Jar".
Autostradą samą nie jeździłem, za to odkrywałem różne dróżki w okolicach A1.
Niestety wiele z nich jest ślepych. Natknąłem się w lesie na pozostałości szlaku sprzed kilku lat. Nawet odnalazłem na drzewach kilka oznaczeń i spotkałem też trzy osoby na koniach :P
Potem wizyta na budowie mostu, został jeszcze tylko miesiąc.
Piękna słoneczna pogoda zachęcała do większego dystansu. Przy okazji chciałem sprawdzić czy wysiłek na terenowych oponach 26x2,15 jest większy niż na szosowych 26x1,5. No i jest, zmachałem się konkretnie.
Wyszło trochę terenu, ale taki był też zamiar. Leśne dróżki całkiem ładne:
Po drodze atakuje mnie horda agresywnych i niebezpiecznych bydlaków.
Liczyłem na jakiś ładny widok, w końcu koło Bydgoszczy Wisła ostro zakręca, ale drzewo wszystko zasłoniły.
Kasa w okolicach Strzyżawy:
DDR z Unisławia do Torunia dość konkretnie miejscami jest zasypany. Ciekawe czy na niedzielny maraton biegowy to zamiotą.
Na koniec wizyta w Lesie Piwnickim i jazda zielonym szlakiem "Martyrologii". Faktycznie, lekko nie było.
Ostatnie 2 dni dość ciężko mi się jeździło, wyzywałem siebie od słabeuszy. Dzisiaj odkryłem że oba hamulce mi haczą o obręcz ^__^
Z Torunia do Ciechocina szlakiem Jakuba. Odcinek Złotoria - Brzozówka średniawy, dużo kamlotów. Odcinek Józefowo - Ciechocin baardzo przyjemny. Odcinek Elgiszewo - Młyniec strasznie dziurawy.