a w zasadzie jeden most - drogowy na Wiśle, który już w grudniu zostanie otwarty. ale najpierw las. trochę nowych dróżek, niestety sporo piachu.
most - oddano już do ruchu ścieżki na placu daszyńskiego, na jego południowej stronie. wreszcie można jechać komfortowo do centrum. sporo rowerzystów, sporo gapiów.
Celem było odwiedzenie pięciu leśnych, starych cmentarzy - menonickich i olęderskich. Oprócz tego odwiedzenie opustoszałej wioski - Włęcza, oraz odnalezienie brodu na Wiśle i odwiedzenie wiślanej wyspy - Zielonej Kępy.
Wreszcie w miarę przyzwoicie jechało mi się w SPD. Jedyne co to zimno w stopy od tej metalowej blachy. Szerokie laczki spowodowały zaś, że jazda w terenie była większą przyjemnością. Wprawdzie nie udało mi się dotrzeć tam gdzie chciałem, ale jeszcze się to uda ;-)
Dzięki bezinteresowności Marysi i Wojtka - Wilcze Stado stałem się posiadaczem niepotrzebnych im SPD. Do tej pory jeździłem na platformach a same SPD budziły we mnie niechęć, podobnie jak argumenty, że wszyscy na nich jeżdżą i dają kopa jak nie wiadomo co ;-)
Po dzisiejszej wycieczce wielkim entuzjastą SPD się nie stałem. Wypinanie i wpinanie to pestka, ale jak dla mnie było strasznie niekomfortowo. Dopiero po dwóch regulacjach położenia zatrzasków i podniesieniu sztycy o 4 cm [o 3 cm powyżej dopuszczalnej linii] jest tak już w miarę. Co nie oznacza, że lepiej niż na platformach. Jak do tego dodać fakt, że w zimę i tak będę musiał jeździć na platformach, w lato nie da się w nich jeździć w sandałach, poza tym jest to kolejna rzecz która może nawalić na wyprawie, to sam się zastanawiam po co nad nimi w ogóle się pochylam ;-)
Ostatnio trochę mnie nękają bóle kolan, ścięgien i recepty szukam w SPD. Może chociaż to jakoś się sprawdzi, bo lepsze osiągi w SPD to wg mnie bajka, no chyba że się jest wyczynowcem, pracuje nad techniką etc. Ja po prostu jeżdżę... przez czas jakiś w SPD, potem się zobaczy ;-)
Rano wielka mgła i chłód, namiot zwijam mokry i czas ruszać w drogę powrotną. Nie będę jechał tą samą drogą bo to nuda, a i kilka nowych gmin by wypadało zaliczyć. Ciśniemy więc z Jackiem do Kutna, wyruszamy o 9.40. W sumie to liczba mnoga na wyrost trochę. Jacek ciśnie, ja mu siedzę na kole. Całą drogę. Inny wariant nie miałby sensu istnieć, Jacek nie dość że zawsze był bardzo mocny, to po 2 miesiącach górskiej rowerowej włóczegi po Kirgistanie jest jeszcze mocniejszy. Dodatkowo te jego opony o szerokości ponad 2 cale mnie strasznie demotywowały... :P
Kutno osiągamy o 17.15 po przejechaniu 152 km. Czas więc miodzio, a średnia ponad 24 km./h.
Powrót spóźnionym, ale przystosowanym do przewozu rowerów pociągiem IR.
Wspólna przejażdżka po okolicy. Ja ograniczyłem się tylko do wizyty w sklepie w Winnicy, większość pojechała kawałek dalej ;-)
Ponadto kilka zdjęć miejsca wyprawki. Sympatyczna agroturystyka - Żabi Raj, bardzo ładnie urządzona, z bezproblemowymi właścicielami. Do tego terenu w okolicy tyle, że i na Zlot by się nadało ;-) Obok dawniej była żwirownia, więc jest i akwen, są ryby, pływać też chyba można.