nie jest łatwo w Toruniu dostać dętkę 26x1,5, ale ostatecznie dorwałem takie w bio biku na kościuszki. do tego zakup spinek do łańcucha i opasek na obręcze. swoją drogą, sklep wygląda na przyzwoicie wyposażony jeśli chodzi o moje potrzeby ;-) dziś kurier ma mi jeszcze przynieść nówki błotniki sks atb 60, więc czeka mnie chwilę dłubania przy sprzęcie ;-)
zaczęło się od porannego wyjazdu na uczelnię. najpierw jakiś debil prawie mnie przejechał, potem jakiś gość próbował mnie przekonać, że trzydziestoletni dziurawy chodnik z białą linią po środku jest ścieżką rowerową. Na wykładzie, na który poszedłem tylko dlatego że miały być wyniki, pan profesor z uśmiechem na ustach ogłosił, że to wał był i wyników niet.
Jak już wyszedłem na właściwą trasę, to tez wiele lepiej nie było. Wiatr wiał z 8 m/s w ryj, albo z boku, ale tak że i tak utrudniał jazdę. Tyłek mnie wręcz nieziemsko bolał, warto było bawić się z ustawianiem siodełka, debil jeden. Do tego korba złapała luzy i coś mi puka, nie wytrzymałem, musiałem muzykę włączyć na słuchawkach bo bym zwariował. A tam w radio największe hity, Patrycja Markowska i inne głupie baby drące ryja wniebogłosy. ooo tak cię kochałam, a ty wolałeś innego, ooooo, jak mi smutno. Poezja.
Tak sobie jechałem, aż w końcu skręciłem, wiatr wiał w plecy, było przyjemnie i nawet zapomniałem o nerwach. Zatrzymałem się na podwieczorek nad jeziorem a potem jechałem, jechałem, jechałem... aż znowu złapałem kapcia. Trzeciego w przeciągu 5 dni. Coś nie tak, wszystkie idą od strony obręczy, chyba jakiś nypel je krzywdzi, albo to sprawka dupnej opaski.
Tak czy owak wymieniłem dętkę i pojechałem dalej. I znowu wkurzony, klnę na lewo i prawo, głupia dętka, głupie opony, głupie koło, głupi rower, w ogóle po co jechałem, mogłem na piwo iść, kur zapiał! Jadę, jadę, klnę i klnę. A tu naturalna kolej rzeczy, znowu pod wiatr. I męczę te 17 km/h bo motywacji brak, a do tego czuję, że znowu ubywa mi powietrza. Jak wymieniałem dętkę to łańcuch brud złapał i znowu musiałem głupie baby w radio słuchać. Tak się wlekłem, aż w końcu dowlekłem do domu, tył już mi nieźle pływał, ale dałem radę.
Zakończę pozytywnie: wyszła niezła średnia, niezły czas od wyjścia do powrotu do domu - 4 h 45 min, na zjeździe do Elgiszewa pomkłem [tak, tak pomkłem, nie pomknąłem] 63,3 km/h. a ponadto kupiłem se 2 browary na poprawę humoru. jutro znowu pójdę na rower.
Plan był taki żeby dojechać na 14.23 do Malborka na pociąg Arrivy. Na początku wszystko przebiegało zgodnie z planem. Wyjechaliśmy o 9.45, ładny objazd po Gdańsku. Magda odprowadziła mnie do granic miasta, a dalej ruszyłem czerwonym szlakiem w kierunku Tczewa.
Szlak był ładnie położony, cały czas wzdłuż Motławy. Tylko ta cholerna droga..najpierw piach z brukiem, potem kilka kilometrów betonowych płyt. Gdy wreszcie po przedostaniu się bagnistą, polną drogą na asfalt zacząłem rozwijać wiatr w żagle i gnać w kierunku Tczewa, nagle złapałem kapcia. Zapasową dętkę użyłem dnia poprzedniego, łatki w niewyjaśnionych okolicznościach wyparowały. Miałem ok 2,5 godziny do pociągu i 40 km do zrobienia. Szybka analiza mapy i zdecydowałem się skręcić na Pruszcz Gdański. Aby przejechać ten sześciokilometrowy odcinek musiałem 5 razy stawać by dopompować powietrze.
W Pruszczu złapałem pociąg do Malborka, skąd na styk zdążyłem się przesiąść do Arrivy. Warunki bardzo komfortowe, obsługa miła, nikt nie robił nawet problemów, że bilet nabyłem dopiero w Grudziądzu jak do mojego wagonu przyszła Pani konduktor. W Toruniu byłem po 17, jeszcze tylko dwa dopompowania powietrza i doturlałem się do domu.
Podziękowania dla Magdy za nocleg i oprowadzenie po Trójmieście ;-)
nowe gminy: Pruszcz Gdański, Pruszcz Gdański miasto, Suchy Dąb.
Dzień zacząłem od wymiany dętki a także rozkucia łańcucha by wymienić uszkodzone ogniwko na spinkę. W trasę ruszamy koło 11, a naszym celem jest dworzec PKP w Gdyni, skąd cztery osoby miały pociągi do domów.
Pech znowu nas nie opuszczał, zaczęło się od wjechania w pineskę przez Jacka w samym środku lasu. Dalej trasa przebiegała bezproblemowo. W Przodkowie odłącza się Michał, a dalej jedziemy już tylko w szóstkę. Do samej Gdyni wjeżdżamy długim i pięknym zjazdem zakończonym... zerwanym łańcuchem przez Magdę. Skuwanie było szybkie i po chwili ruszyliśmy dalej. Wszyscy na swoje pociągi zdążyli, zjedliśmy też obiad w barze mlecznym. Tutaj też kończy się ślad na mapce, bo padła mi już bateria w loggerze.
W dalszą drogę udałem się już z Magdą, która była moją przewodniczką po Trójmieście. Trasa była ciekawa, udało się zobaczyć kilka miejsc, a wszystko urozmaiciła kolejna awaria łańcucha u Magdy.
nowe gminy: Przodkowo, Szemud, Gdynia, Sopot, Gdańsk
Z racji że impreza trwała do wczesnych godzin porannych, to za specjalnie się nie wyspałem :P W drogę na dworzec PKP wyruszyłem o 8.00, skąd po 9 mieliśmy z Cinkiem jechać pociągiem Arrivy do Chojnic. Po raz pierwszy na tym wyjeździe dopadł mnie pech. Jakieś 400 metrów od dworca zerwał mi się łańcuch. Pozbierałem go z ulicy i doprowadziłem rower do pociągu. Podróż spokojna i komfortowa.
W Chojnicach zaczynamy od skuwania mojego łańcucha, a następnie zakupu dwóch spinek w miejscowym rowerowym. W drogę ruszamy przy lekkim deszczu, który nie ustępuje przez około 50 kilometrów.
Z drogi wojewódzkiej prowadzącej do Kościerzyny zjeżdżamy kawałek za Brusami. Tereny robią się coraz bardziej malownicze - lekkie pagórki, piękny lasy i dużo jezior. Nawet pogoda zdawała się przełamywać, co ciągle kwitowaliśmy radosnym "przejaśnia się!". W miejscowości Wiele zatrzymujemy się by obejrzeć Sanktuarium Męki Pańskiej i muszę przyznać, że wewnątrz zrobiło na mnie spore wrażenie.
Dalej postanawiamy jechać trasą zaproponowaną nam przez Szy, tj wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Wdzydze. Trzeba przyznać, że tereny Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego są niezwykle urokliwe, ale ta droga... Dwanaście kilometrów terenu, z czego połowę przebyliśmy głównie pchając rowery. Było piaszczyście, do tego grząsko po opadach i ciężko się jechało. Na jednym z podjazdów tym razem pech dotyka Cinka, któremu zrywa się łańcuch. Naprawa przebiegła szybko, w końcu przezornie kupiliśmy w Chojnicach spinki.
Po wydostaniu się na asfalt jechaliśmy ponownie bardzo szybko i sprawnie drogą na Kościerzynę, następnie Stężycę i Miechucino. Po drodze napotykamy już na bardzo konkretne pagórki, czego efektem jest prędkość max. 61,6 km/h bez pedałowania.
Gdy już zbliżaliśmy się do miejsca wyprawki, gdy pokonaliśmy ostatni stromy podjazd i zostało do przejechania około 5 kilometrów, znowu odezwał się stary znajomy - pech. Tym razem w postaci kapcia w moim tylnym kole. Nie chciało mi się wymieniać teraz dętki, więc trzykrotnie dopompowując powietrze dokulałem się na miejsce noclegu w Mirachowie, gdzie czekała na nas już pięcioosobowa ekipa w składzie Martwawiewiórka, Magfa, Magda, Jacek, Michał.
Miejsce noclegu bardzo fajne, środek lasu, pustka, miejsce na ognisko, dostęp do wody i drewniane stoły. Wszystko to oczywiście za darmo. W nocy na godzinkę odwiedzili nas forumowicze wracający z Harpagana.
Wyprawka zaczynała się już w piątek, ale jako że miałem o 12 egzamin a nie pałam miłością do tracenia nerwów w polskich pociągach, [wyjątkiem jest tutaj prywatna spółka Arriva, u której jeszcze ani razu nie miałem problemów podróżując z rowerem] to dojechać na miejsce mogłem dopiero w sobotę.
W piątek zaś wybrałem się do Bydgoszczy, gdzie kumpel organizował imieninową imprezę i gdzie zjechało się grono znajomych. Z Torunia wyjechałem o 15.45 na miejscu byłem po 19. Leciałem możliwie najkrótszą trasą, nic specjalnego się nie działo ;-) Na miejscu grill, dwa piwka i po 2 uderzyłem w kimono, bo w sobotę czekało na mnie ponad 100 km do zrobienia.
przy okazji zaliczyłem jedną gminę: Białe Błota ;-)