Nieco zmotywowani niesamowitymi wyczynami różnych Cyborgów i innych Wariatów, razem z Polssonem zaplanowaliśmy wspólny wypad do Inowrocławia. Trasa bardzo dobrze nam znana, przebiega m.in. przez piękną Puszczę Bydgoską. Spodziewaliśmy się więc zwykłej, standardowej wycieczki na około 100 km. Nawet nie przypuszczaliśmy jak bardzo będzie to niestandardowa wycieczka.
Zaczęło się jednak normalnie. Umówiliśmy się przy moście na Wiśle o 8.30, więc oczywiście wyjechaliśmy z 15 minutowym opóźnieniem. Nic się też nie zmieniło jeśli chodzi o stan ulicy Nieszawskiej - dziura na dziurze.
Dalej bez niespodzianek, Mała Nieszawka, Wielka Nieszawka, przejazd przez krajówkę i wjazd do Puszczy Bydgoskiej. Ta nas przywitała dość chłodno: totalną szklanką wymieszaną z ubitym śniegiem na drodze. Łudziliśmy się, że może to tylko kawałek, że za zakrętem będzie sucho i przyczepnie. Tak też przejechaliśmy 13 km.
Bardzo trudne były zwłaszcza ostatnie 2 kilometry przeprawy przez Puszczę. Nie zareagowaliśmy na ostrzeżenia pijanego robotnika na motorynce i skręciliśmy na odcinek, na którym jedynym wyzwaniem było utrzymanie się w pionie.
Po odpoczynku ruszyliśmy dalej. Coś jednak mi się nie zgadzało, z każdym metrem miałem wrażenie, że jazda sprawia mi coraz większe trudności. Po chwili zauważyłem, że ubywa mi powietrza w przednim kole. Oznaczało to przymusowy postój w Rojewie i kolejną obsuwę czasową.
W końcu ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie minęło kilka kilometrów, naszym oczom ukazała się tabliczką z pewną miejscowością, a Polsson poinformował, że ma mały KŁOPOT.
W Inowrocławiu udaliśmy się na "obiad" do McDonaldsa. Wiary co niemiara, ale jakoś udało nam się znaleźć wolny stolik. Potem na stację skorzystać z kompresora i na Stare Miasto, gdzie znajdować się miał sklep rowerowy.
Nabyliśmy dętki, jednak jak się później okazało, Polsson nie musiał swojej wymieniać i wytrzymała aż do Torunia.
W całym tym pośpiechu spowodowanym kolejnym opóźnieniem nawet nie zauważyliśmy, że opuściliśmy Inowrocław złą ulicą wyjazdową. Wiatr nam wiał w plecy, trzymaliśmy prędkość powyżej 30 km/h. Krótko mówiąc - żyć nie umierać. Tylko gdzie ten cholerny skręt w lewo na Parchanie? W końcu zjechaliśmy w jakąś leśną drogę [tym razem nie oblodzoną, a przeżywająca roztopy] i okrężną trasą dojechaliśmy do Parchani. Nadłożyliśmy w sumie tylko ok 15 km ;)
Dojechaliśmy w końcu do Gniewkowa, przecięliśmy krajówkę i naszym oczom ponownie ukazała się Puszcza Bydgoska. Liczyliśmy, że może droga w tym miejscu będzie w lepszym stanie. Nic bardziej mylnego, było jeszcze gorzej. Dodatkowo sprawę utrudniały zapadające ciemności. Tak też przejechaliśmy 14 km, ze średnią prędkością oscylującą zapewne w okolicach 10km/h.
W końcu o 18.30 dojechaliśmy do Torunia. Miało być tak standardowo, a tu tyle niespodzianek ;)
Podziękowania dla Polssona za wspólny, bardzo udany wypad. Przy okazji także wielkie dzięki dla Misiacza, za to, że w którejś ze swoich relacji wspomniał o wazelinie jako skutecznym sposobie na odmrożone dłonie i stopy. Wypróbowałem - działa, daje bardzo duży komfort jazdy!
szprycha wymieniona, kolo wycentrowane, rower znowu na pelnym chodzie.
po powrocie zabralem sie za montaz ostatnich zakupow:
1. rogi 2. lampa mactronic przod 3. lampka od krossa przod [ wygrana w konkursie na facebooku :)] 4. mapnik [swiateczny prezent] 5. bagaznik z uchwytem do sztycy 6. torba
jedyny problem z jakim sie spotkalem to zamontowanie tylnej lampki. co z tego, ze na tyle bagaznika sa rozne nibyotwory, skoro zaden z nich nie uznaje lampki mocowanej standardowo do sztycy. na widelkach mi sie zbytnio nie widzi, wiec bede musial cos wymyslic ;)
Siedziałem sobie w domu, uczyłem się różnych teorii wyznaczania granicy szelfu kontynentalnego (czy ja jestem geografem albo matematykiem, żeby wkuwać o "punkcie, w którym grubość skał osadowych stanowi co najmniej 1% najkrótszej odległości od tego punktu do podnóża zbocza kontynentalnego"? ;-)], kląłem jak szewc, że studiuje kierunek, który mnie kompletnie nie interesuje ... i nie wytrzymałem. Szybka kawa i już wyciągałem rowerem ze schowka.
Z okien wieżowca na blokowisku otoczenie wyglądało nieciekawie i pierwotnie planowałem pojechać gdzieś asfaltem. Pozory jednak mylą. Warunki w lesie okazały się być fantastyczne, kręciłem się wiec po lasku w dolinie Drwęcy bez cíle a směru*.
Równie dobre warunki panują na ścieżkach rowerowych i chodnikach. Leży na nich równa, twarda warstwa śniegu, posypana piaskiem. Jedzie się całkiem nieźle. Wypad króciutki bo już się ściemniało, a na mnie przecież czeka szelf kontynentalny :P
Jakość zdjęć kiepska, ale nie wziąłem aparatu i pstrykałem z telefonu.
* cíl - cel, směr - kierunek
A skoro już poleciałem z czeszczyzną, to w ramach promocji bohemistyki, nr 1 ostatniego tygodnia na moim "laście":
Jeszcze wczoraj bylo w miare cieplo, slonce przebijalo sie przez chmury i czuc bylo wiosne. Dzisiaj za to chlodno, mzyscie i wietrznie - jak na jesieni. Co bedzie jutro? ;-)
Wreszcie na normalnym rowerze. Wczoraj odkurzylem Hexagona, wyczyscilem, nasmarowalem i dzisiaj sprawowal sie swietnie. Ranek przywital mnie wizyta listonosza, ktory przyniosl lampke wygrana w konkursie na facebooku. Nic specjalnego, ale jest dosc mala i zgrabna, wiec znajdzie sie dla niej kawalek miejsca na kierownicy i sluzyc bedzie jako 2 lampka. Drogi zbytnio nie oswietli, za to poprawi moja widocznosc.
W sumie czterokrotnie przekroczylem Drwece na 3 mostach. Rzeka wylewa sie z koryta i zalewa nieuzytki. Podobnie zreszta jest z Wisła.
Jazda na rowerze mozliwa jest tylko po drogach. Nie chodzi bynajmniej o bloto zalegajace na chodnikach i sciezkach rowerowych. Na drogach nie sraja psy.
Przyszla odwilz i odkryla braki mieszkancow w wychowaniu i kulturze i braki w intelekcie politykow rzadzacych miastem. Pies to nie tylko sympatyczny towarzysz ludzi, to takze obowiazki.
*nie dotyczy 200 metrowego lodowego odcinka przy starym moscie na Drwecy w Zlotorii. Na widok mojego widowiskowego orla kobieta prowadzaca rower z naprzeciwka [15 sekund wczesniej w myslach nazwalem ja wyjatkowym mieczakiem] miala niezly ubaw.
Najwieksza satysfakcje w takich warunkach odczuwa sie gdy spotyka sie najwiekszego przyjaciela rowerzysty - psa. Ten zazwyczaj ma w zwyczaju biec wzdluz plotu i bezmyslnie drzec jape, az jezdziec minie posesje. Duza radosc sprawia wiec moment, gdy takowy stwor w szalenczym pedzie wpadnie na kawalek oblodzonej posadzki i bezradnie rozklada sie jak dlugi. Macie gnoje za swoje! ;-)
Czas najwyzszy ruszyc zad i rozpoczac sezon 2011. Szkoda mi Hexagona, wiec reanimowalem stare zolte bydle. Szalu nie ma [hamulcow tez], ale kolka sie kreca. Ma za to dosc agresywny bieznik co przeklada sie na przyzwoita przyczepnosc. Byle do wiosny!