Podwieczorna przejażdżka z Cinkiem do Osieka i z powrotem. Po dwóch tygodniach siedzenia w domu, picia 5 kaw dziennie i pożerania wszystkiego co wygląda na jadalne ruszyłem się by trochę rozruszać zastygłe mięśnie. Tempo bardzo spokojne, tak ażeby nie zgubić gdzieś z tyłu Cinka, który to ostatnio zaczął całkiem sporo jeździć i to z przyzwoitym tempem :)
Rower spisuje się bardzo OK, tylko chłopakom nie do końca wyszła regulacja przedniej przerzutki bo 22 za Chiny ludowe nie chce wejść. W wolnej chwili będę musiał to doregulować.
korba alivio fc m411 łańcuch shimano hg50 wolnobieg shimano tz21
a teraz wieczorna kawka, druga kolacja i do nauki :P
Łeb już zaczyna pękać od nauki, co więcej, wszystko mi się już zaczyna mylić bo uczę się jednocześnie dwóch przedmiotów. Do tego dochodzi ciągłe latanie po dyżurach, załatwianie seminarium [wreszcie udało się zapisać :)], kolokwia i inne. Nie ma więc zbytnio czasu na poważniejsze kręcenie, ale żeby wyrwać się z domu i dotlenić mózg chwila się znajdzie.
Wiało jak cholera z S, wybrałem więc jazdę przez las, powrót szosą z bardzo sympatyczną pomocą wiatru :)
Cóż, czas na kawkę i powrót do lektury Prawa instytucjonalnego Unii Europejskiej :P
Moi rodzice od piątku siedzieli na działce, to i ja widząc ładne niedzielne przedpołudnie się do nich wybrałem. Była okazja wyczyścić i złożyć namiot po Radocynie oraz umyć rower. Przy okazji mały grill i odpoczynek na świeżym powietrzu.
i z powrotem. byleby się chwilkę przejechać, a do tego ten kierunek nadaje się idealnie. jedno skrzyżowanie i już jestem poza miastem. W drodze powrotnej lekko mocniej depnąłem żeby zdążyć przed burzą i ulewą, które ostatecznie i tak nie wystąpiły :P
Dość męcząca dla mnie przejażdżka przez Zamek Bierzgłowski. Miało być dalej ale Polsson odpadł po 12 km z powodu awarii siodełka. W sumie dobrze bo kompletnie nie chciało mi się dziś jeździć. Nie mogłem jakoś znaleźć sobie miejsca na siodełku, pedałować też specjalnie się nie chciało. Reszta trasy przejechana wspólnie z Kasą.
Ranek przywitał nas deszczem. Co zrobić, szybko się spakowaliśmy, zwinęliśmy mokry namiot i o 9.00 wyruszyliśmy w trasę do Grybowa, skąd o 12 odjechać miał pociąg do Tarnowa.
Trasę pokonałem wspólnie z Polssonem i Szkodnikiem. W Grybowie jednak było nas w sumie około dwudziestu, gdyż jechaliśmy tam małymi grupkami o różnych porach.
Po drodze trochę padało, do tego nam się spieszyło toteż jakichkolwiek fotek brak.
Pociąg z Grybowa do Tarnowa bardzo fajny. Stara osobówka, wszyscy się elegancko zmieściliśmy. W Tarnowie przywitał nas tłum pasazerów na peronie i najmniejszy z możliwych skład pociągu. Ciężko było się nam zapakować do środka, ale jakoś się udało. Komfortowo nie było, ale za to jest co wspominać ;-)
W Krakowie wszyscy się już rozdzieliliśmy. Zostaliśmy sami we czwórkę: ja, Polsson i Szkodnik czekający na pociąg do Łodzi, oraz Yoshko, który jechał na Warszawę. Godzinkę przerwy wykorzystaliśmy na posiłek w Galerii Krakowskiej.
Podróż do Łodzi była bardzo udana. Nowy, wyremontowany pociąg, haki na rowery. W Piotrkowie wysiadł Szkodnik. W Łodzi przesiedliśmy się do TLK. Podróż była dość męcząca. Miejsce w przejściu przy kiblu, do tego pełno pijanych ludzi ciągle chodzących do kibla albo na fajkę. W końcu o 0.47 dotarliśmy do Torunia.
Zlot był bardzo udany i z całą pewnością wybiorę się na niego także za rok.
W nocy był przymrozek, za to od 7 rano słonce tak nagrzało namiot, że nie dało się w nim spać. Dlatego też wszyscy w miarę wcześnie wywlekli się ze swoich posłań.