Korzystając z okazji że jestem w Dublinie, umówiłem się z miejscowymi forumowiczami na wspólną wycieczkę rowerową. Celem było okrążenie jeziora w Blessington.
Jako że mieszkam na drugim końcu miasta i do punktu zbiórki mam 20 km, z domu wyjechałem o 8.45. Pogoda nie sprzyjała: było mokro, a wiatr wiał w twarz z siłą około 10 m/s. Umówiliśmy się na 10, jednak z licznych przyczyn technicznych ostatecznie wyjechaliśmy o 11.
Ostatecznie zamiast okrążać jezioro wybraliśmy postój na piwko, oraz rybę z frytkami ;-)
Tempo wyszło bardzo spacerowe, ale po co to się spieszyć?
W sobotę zaś już się umówiłem z chłopakami na zdobywanie Kippure Mountain [757 m.n.p.m.].
i znowu rowerem do pracy. tym razem już z nowego mieszkania. z roboty wyszedłem o 1.00, w domu byłem przed 2.00 w nocy. całą drogę lekko mżyło. dodatkowo walczyłem z poluzowanymi sterami, które ciągle się okręcały. w efekcie lampka nie oświetlała mi drogi, tylko niebo ;-)
Teraz pracuję na drugą zmianę tj. 16.00-0.30. Dodatkowo przerzucili mnie z powrotem na pakowalnie. W karton wchodzi 36 bułek do hamburgera, a na na paletę takich kartonów 60 lub 80. Po załadowaniu w ten sposób kilkudziesięciu palet kręgosłup solidnie trzeszczy. Nic to, grunt że 70 ojro w kieszeni ;-)
Powrót częściowo po omacku, bo jakieś 5 km drogi jest bez latarni, a moja czołówka szosy nie oświetla ;-)
Mieszkam tuż obok Royal Canal. Po lekturze internetu dowiedziałem się, że jest to liczący 140 km kanał łączący rzekę Liffey Valley z Shannon. Na mapie wykryłem, że wzdłuż niego biegnie tzw. Royal Canal Way. Mając chwilę wolnego, około 19.00 wybrałem się by zobaczyć jak wygląda trasa w kierunku centrum miasta.
Trasa w kierunku centrum biegnie cały czas asfaltem i na dużej części przebiega tuż obok torów DARTa [kolejki miejskiej]. Niestety jest na niej trochę utrudnień. Wynikają one z blokad dla samochodów, które są tak pancerne że często trzeba schodzić z roweru aby je wyminąć.
Dojechałem tak prawie do samej rzeki Liffey. Nie mając ochoty pchać się do ścisłego centrum zawróciłem tą samą drogą. W międzyczasie przejechałem obok Croke Park - stadionu mogącego pomieścić 82 tysiące widzów. Na co dzień swoje mecze rozgrywa tutaj miejscowa drużyna futbolu gaelickiego, który jest narodowym sportem Irlandczyków. To tutaj w 1920 roku miały miejsce wydarzenia nazwane później "Bloody Sunday".
Do piekarni w której pracuje nie da się dojechać komunikacją miejską. W związku z tym pozostaje rower. Dwanaście kilometrów w jedną stronę powoduje, że idąc na 8 rano, z domu muszę wyjechać najpóźniej o 7.15. A chodzą słuchy, że mogą zacząć się zmiany na 6.30, a nawet na 4.30. Będę musiał zainwestować w jakieś marketowe lampki.
Droga do pracy jest bardzo fajna. Wiedzie najpierw przez zielony Phoenix Park, a następnie cały czas wąską uliczką, z obu stron ogrodzoną kamiennym murkiem porośniętym pnączami. Jak do tego dodamy charakterystyczne irlandzkie domki to wszystko to tworzy pewien harmonijny irlandzki, wiejski krajobraz.
W pracy przenieśli mnie do bakery, czyli serca piekarni. Wkładam i wyjmuję blachy z taśmy, a także kontroluje czy ciasto dobrze się wylewa do form. Co ciekawe, nie musiałem iść do żadnego miejscowego sanepidu ze swoim gównem w pudełku, bo tutaj coś takiego jak sanepid nie istnieje. Po prostu biorą człowieka prosto z ulicy i nie ma żadnych problemów by pracował przy żarciu.
Pierwsze kilometry przejechane po Dublinie. Do dyspozycji mam stary rower siostry, który dostała w prezencie w latach '90, a niedawno sprowadziła go sobie z Polski. Maszyna pomimo upływu lat sprawuje się świetnie. Oczywiście jest dla mnie zbyt mała, bo siostra ma jakieś 165 cm wzrostu. Na wyposażeniu są oponki o szerokości 1,95 cala z dość agresywnym bieżnikiem, a wentyle w dętkach mają zawory Dunlopa. Uniemożliwia mi to pompowanie kompresorem, to i też ciśnienie w oponach nie jest idealne. Pomimo tego, rower jedzie bardzo dobrze, czego dużą zasługą jest jego waga. Wprawdzie nie ważyłem go, ale podejrzewam że waży zaledwie 11-12 kg.
Po obiedzie załadowałem do plecaka wodę i atlas samochodowy Dublina. Tak, tak atlas. Taki 75 stronicowy A4. Mam też wprawdzie tradycyjną mapę miasta, ale do jej rozłożenia potrzebowałbym chyba hali sportowej.
Mieszkam zaledwie 2,5 km od bramy Phoenix Parku to i tutaj wybrałem się na przejażdżkę. Byłem tutaj już parę razy, ale jeszcze nigdy rowerem. Nie byłem sam, jest to bardzo popularne miejsce wśród biegaczy i rowerzystów. Na 707 hektarach jakie liczy można sobie miło pośmigać ;-)
Jeśli zaś chodzi o jazdę po lewej stronie. Nie mam problemów z jeżdżeniem "pod prąd" samochodem, co za tym idzie i z rowerem sobie radzę doskonale. Co więcej, nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale system jazdy po lewej stronie połączony ze skrzyżowaniami w formie ronda, wydaje mi się dużo bardziej naturalny i harmonijny. Jedzie się po prostu świetnie.