Zmiana pogody przyszła w momencie najbardziej pożądanym. Tego dnia chcieliśmy podjechać możliwie blisko początku wspinaczki na Hochtor. Ktoś się nad nami ulitował i przestawił wiatrak, tak że dmuchało nam w plecy. Do tego wypędził chmury i wyciągnął słońce. Nie wiem kto wyświadczył nam tę przysługę, ale stary, dzięki!
Od rana trzaskaliśmy więc kilometry dość żwawo. W Schladming wielkie zakupy na dwa dni, bo w Austrii w niedzielę dzień święty przejawia się zamkniętymi sklepami. Czyli znając życie wygląda to tak, że gawiedź pije i żre jeszcze więcej niż normalnie, tylko zamiast po ludzku kupić alkohol w sklepie to oblega stacje benzynowe, albo robi wcześniej zakupy większe niż w rzeczywistości potrzebuje.
Popsuło się jednak trochę oznakowanie ścieżki, w wyniku czego pod koniec dnia trochę mieliśmy problemy z nawigacją. Łukasz upierał się za jazdą krajówką, która była wyjątkowo wąska i tłoczna. Sprawiał nawet wrażenie lekko obrażonego, tak jakby to była nasza wina że ścieżka gdzieś kluczy. W efekcie zakorkował nowo wybudowaną drogę [nawiasem mówiąc mieli rozmach w budowaniu tej drogi!] ze St.Johann im Pongau do Zell am See. W swym uporze nie zauważył bowiem zjazdu na starą i pustą drogę krajową.
Nocleg znowu załatwiony ekspresowo przez Tomka. Śpimy w sadzie w Taxenbach, kilka kilometrów dalej zaczyna się podjazd pod Hochtor.
Pod wieczór Łukasz zaszył się w namiocie, a Tomek poszedł się przejść. W międzyczasie wszystkie dzieciaki ze wsi dowiedziały się, że w ich wiosce nocują Polacy w namiotach i czem prędzej do nas przybiegły. Skończyło się tym, że stanęły w odległości 5 metrów ode mnie i z wielką uwagą śledziły każdy mój ruch. Ciężko było się skupić nawet na jedzeniu.